10 marca 2017 13:03

Polifenole – ograniczają aromatazę i podnoszą testosteron?

Autor: Janusz Ziółkowski

Ludzie od dekad szukają jak najskuteczniejszych sposobów na poprawienie muskulatury i uzyskanie wymarzonej sylwetki. Często też w swoich dążeniach zapominają o bezpieczeństwie. Wielokrotnie powtarzałem już, że zarówno trenujący, ja też zawodnicy wyglądają na zewnątrz naprawdę imponująco, zaś w środku panuje istny chaos! Niestety dotyczy to większości osób korzystających z SAA. Jeżeli już się za tego typu sprawy brać, to należałoby uzupełnić braki w wiedzy i dopiąć pozostałe elementy, takie jak dieta czy profilaktyka. Pamiętacie, że aromataza jest niezbyt lubianych przez sportowców sylwetkowych hormonem – prawda? Tym bardziej i tym chętniej sięgają oni po tzw. inhibitory aromatazy dla uzyskania lepszych rezultatów treningowych w połączeniu z wykorzystaniem środków SAA.

Przypomnienie na temat aromatazy

Jak wiecie, aromataza spełnia się w roli elementu służącego do konwersji hormonów steroidowych, co głównie interesuje trenujących mężczyzn. Dlaczego? Otóż ów swoisty kompleks enzymatyczny dba o przekształcanie męskich hormonów w żeńskie. Czyli: androgeny na estrogeny i testosteron w estradiol. Im jesteśmy starsi tym niższa produkcja i zarazem poziom jednego z najbardziej anabolicznych męskich hormonów, testosteronu. To właśnie on odpowiada za szybkie przyrosty beztłuszczowej masy ciała i funkcje seksualne – oczywiście między innymi. Podsumowując, im starsi jesteśmy tym bardziej wartościowy jest dla nas ów hormon. Jeżeli zależy nam na zbudowaniu solidnej masy mięśniowej, tym bardziej jeśli jesteśmy na cyklu SAA, to powinniśmy skupić się na zwiększeniu poziomu testosteronu przy jednoczesnym ograniczeniu nadmiernej aktywności aromatazy przekształcającej hormon w żeńskie odpowiedniki. Oczywiście estrogeny są dla nas istotne, ale należy sam proces przekształcania trzymać w ryzach.

Nadmierne przekształcanie hormonów przez aromatazę jest tak niechciane głównie z uwagi na zaburzenia w estetyce sylwetki oraz samej gospodarki hormonalnej. Kuracje czy cykle na sterydach anaboliczno – androgennych są jak najbardziej skuteczne, pozwalając na wyciągnięcie większego potencjału naszych możliwości i zapewniając warunki do jeszcze cięższych ćwiczeń, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale” – prawda? Ze stosowaniem SAA – szczególnie przez osoby bez większej wiedzy, doświadczenia czy przygotowania – wiąże się szereg skutków ubocznych, które to mogą nastąpić w różnym natężeniu. Jednym z nich są właśnie kwestie związane z aromatazą i przemianami jednych hormonów w drugie. Na pewno spotkaliście się już z terminami takimi jak ginekomastia i lipomastia, prawda? Wiele osób nawet nie rozróżnia tych dwóch przypadłości. Zacznijmy od tego, że pierwsza z nich nazywana jest „piersią kobiecą” u mężczyzn i może być ściśle powiązana z ubocznymi efektami SAA oraz zaburzeniem gospodarki hormonalnej. Lipomastia natomiast może być w dużej mierze związana z nadmiarem tkanki tłuszczowej oraz jej szczególnym magazynowaniem w okolicach sutków, co wygląda równie nieestetycznie u mężczyzny.

Po co ograniczać aromatazę i jakie mamy opcje?

Sportowcy zdają sobie sprawę z regeneracyjno – anabolicznego potencjału testosteronu oraz z faktu, iż im są starsi tym niższy jego poziom w organizmie. Chcąc zbudować solidną muskulaturę potrzebujemy dominującego, męskiego hormonu, a zatem wiele osób sięga po sterydy anaboliczno – androgenne. Z czym jest to związane? Cóż… Testosteron i jego pochodne, androgeny typu syntetycznego – wszystko to sprowadza się do wzmożonej konwersji do postaci estrogenów. Nadaktywność aromatazy jest związana z cyklami SAA, zaś większe ilości hormonu to też większe obroty konwertowania i zarazem większe ilości wspomnianych estrogenów. Logiczne, prawda? Nadmierna aktywność aromatazy i zarazem drastyczne zwiększenie ilości estrogenów, przy obniżeniu poziomu testosteronu, to ogromny hamulec wzrostu mięśni, a także promotor komplikacji zdrowotnych. Warto też wspomnieć, iż zgodnie z badaniami kłopoty zarówno z testosteronem, jak i aromatazą mają osoby posiadające wysoki procent tkanki tłuszczowej, borykające się z nadwagą czy otyłością. Im więcej tkanki tłuszczowej, tym bardziej aktywny staje się ów nieszczęsny enzym. Większe ilości żeńskich hormonów u mężczyzn to warunki sprzyjające w tym wypadku odkładaniu tkanki tłuszczowej i odwrotnie, wyższy poziom np. estradiolu jest też powiązany z jej sporym udziałem / zmagazynowaniem. Błędne koło, na które sportowcy znaleźli mniej lub bardziej szkodliwy sposób. Mowa rzecz jasna o tak zwanych inhibitorach aromatazy!

Inhibitory te zaliczamy do leków nie pozbawionych skutków ubocznych. Bazują rzecz jasna na różnych składnikach, które czasem się powtarzają, a zatem każdy z osobna może wywoływać charakterystyczne dla typu danego leku niepożądane efekty. Niestety najczęściej po tego typu środki sięgają osoby bez wiedzy i doświadczenia, które są w trakcie lub też po zakończeniu cyklu na sterydach anaboliczno – androgennych. Logiczne, że żaden trenujący nie chce borykać się z problemem piersi jak u kobiety, zbytnik zaleganiem tkani tłuszczowe czy nadmiernym odkładaniem wody podskórnej – co de facto jest ściśle powiązane z aromatazą w owych okolicznościach. Każdy sportowiec i mężczyzna chciałby też mieć testosteron będący wszak swego rodzaju wizytówką, która to pełni też rolę swoistej przepustki do świata muskulatury oraz sprawności seksualnej i libido. Z tego właśnie względu starają się tłumić aromatazę i zbijać poziom estrogenów, na drodze preparatów pełniących rolę inhibitorów. Inną opcją były też słabsze środki przy wyborze preparatu na cyku – np. DHEA. W tym wypadu może nie był tak efektywny jak inne środki aczkolwiek był zdecydowanie bezpieczniejszy i można było ograniczyć obawy przez nadmiernym, niekorzystnym działaniem zarówno reduktazy, jak tez aromatazy. Inhibitory, jak początkowo mogło się wydawać, otworzyły kolejną drogę do sukcesu… Pozory jednak czasem mylą. Otóż poza typowymi dla poszczególnych leków skutkami ubocznymi pojawiały się również te powiązane ze zbyt niskim poziomem estrogenów. Leki były najczęściej nadużywane i działały zbyt silnie, co doprowadzało do skrajnego tłumienia enzymu i wręcz niedoborów żeńskich hormonów, które same w sobie sprzyjają utrzymaniu optymalnej kondycji zdrowotnej oraz samopoczucia – również u mężczyzn! Można zatem korzystać z inhibitorów, ale należy liczyć się z niepożądanymi skutkami i trzeba przede wszystkim działać z głową!

Nawet wysoki poziom testosteronu nie jest w stanie zdziałać cudów przy niedoborze estrogenów. Tkanka mięśniowa nie będzie się rozwijać, tak jak i nasza muskulatura. Dlaczego? Wszak ograniczyliśmy czynnik sprzyjający gromadzeniu tkanki tłuszczowej oraz katabolizmowi, a podnieśliśmy stopień regeneracji przy jednoczesnym zwiększeniu poziomu hormonu anabolicznego. Co tutaj jest nie tak? Otóż nic w przyrodzie, jak i w naszym organizmie nie dzieje się bez powodu! Pamiętacie kortyzol? Tak, hormon znienawidzony, kataboliczny i powiązany ze stresem czy szeregiem dolegliwości przy zbyt wysokiej aktywności. Mimo wszystko jest potrzebny i nie należy obniżać go do granicy zerowej. Można go też wykorzystać do oczyszczenia mięśni z nagromadzonych toksyn. Podobnie jest z aromatazą i estrogenami. Sportowcy – szczególnie Ci znajdujący się w grupie podwyższonego ryzyka zmian ginoidalnych przy cyklu SAA – starali się stosować jak najlepsze leki z grupy inhibitorów aromatazy. Doświadczali natomiast nieprzyjemnych skutków w postaci chociażby stanów bólowych układu ruchowego – głównie mięśnie i stawów. Nie wspominając już o stanach depresyjnych i zaburzeniach gospodarki hormonalnej. W przypadku ich stosowania bardzo łatwo naruszyć równowagę między testosteronem, a estradiolem. Mimo że sam estradiol wykazuje wszak działanie anaboliczne, to więcej może być z nim problemów, aniżeli mamy korzyści. Jest powiązany z anabolicznym IGF-1 i posiada pozytywny wpływ na aktywność komórek satelitarnych. Cudo, prawda? Jednak zbyt łatwo było przy ich stosowaniu doprosić się o komplikacje wymienione wcześniej… Zdrowie, samopoczucie i dobry nastrój za sylwetkę? Przecież nie o to chodzi!

Nadużywanie syntetycznych, silnie działających inhibitorów aromatazy działało wręcz odwrotnie niż początkowo zakładano. Nie brano pod uwagę udziału estrogenów w mechanizmie budowania muskulatury, a to był kolejny ubytek wiedzy, jaki należało uzupełnić. Wiele badań mówiło o receptorach estrogenowych znajdujących się w naszej tkance mięśniowej, a których to ilość wzrastała na skutek bodźca fizycznego w postaci chociażby treningu oporowego. Był to nieodzowny przy adaptacji treningowej mechanizm, który najczęściej bagatelizowano. Ponadto, sam estradiol jest czynnikiem stymulującym procesy miogenezy satelitarnych komórek do większej aktywności regeneracyjnej oraz rozwojowej względem tkanki mięśniowej. W dużej mierze chodziło jednak o stosunek i proporcje między testosteronem, a estradiolem, które wciąż przy stosowaniu tego typu inhibitorów łatwo zaburzyć. Naukowcy oraz sportowcy zaczęli też brać pod uwagę bardziej naturalne związki mające właściwości zbliżone do inhibitorów aromatazy. Dlaczego? Głównie z uwagi na bezpieczeństwo i możliwość pogodzenia zdrowia z rezultatami treningowymi. Brak efektów ubocznych i słabsze zbicie estrogenów, przy jednoczesnym zniwelowaniu komplikacji wynikających z zaburzenia homeostazy czy niedoboru owych hormonów. Żyć, nie umierać – prawda?

Jednymi z najczęściej branych w tych okolicznościach związkami są właśnie polifenole. Grupa tych związków jest znana głównie z silnych właściwości antyoksydacyjnych, przy czym wymiatają nie tylko wolne rodniki tlenowe, ale również frakcje nitrozylowe. Spełniają się też w roli chelatorów wiążących aktywne jony metali, nierzadko nacechowane toksycznymi właściwościami. Mówi się, że związki polifenolowe wykazują silny wpływ na inhibicję enzymatyczną i mogą nasilać przy tym procesy utleniania komórkowego. Co jeszcze należy o nich wiedzieć? Hmm… Na pewno istotny jest fakt, że wiele polifenoli nazywamy fitoestrogenami z uwagi na podobieństwo do estrogenu. Wystarczy niecoo ruszyć głową i sięgnąć po badania, które niejednokrotnie sugerowały ich działanie wspomagające walkę z aromatazą! Początkowe badania skupiały się na wykorzystaniu propolisu (dokładniej chodziło o chryzynę i apigeninę) w połączeniu z piperyną (dla poprawy przyswajalności). Kolejnym, stosunkowo trafnym, poddanym badaniom związkiem z grupy polifenoli był zaliczany d katechin herbacianych EGCG, nazywany galusanem epigallokatechiny. Zacznijmy od tego, że sam EGCG, jak i ekstrakty zielonej herbaty w odpowiedniej formie, mogą skutecznie wpływać na enzymy będące swoistym katalizatorem dla procesów magazynowania tkanki tłuszczowej. Jest bardzo dobra korzyść? Jest! Chodziło np. o syntazę kwasów tłuszczowych czy lipazę trzustkową. Hung czy Zhang w swoich badaniach potwierdzali, że ekstrakty zielonej herbaty z zawartością EGCG aktywowały w sposób efektywny enzym AMPK, a do tego wykazywały potencjał hamujący dojrzewanie komórek tłuszczowych. Do tego wszystkiego – biorąc wszak pod uwagę rolę aromatazy i zaburzeń hormonalnych w zwiększaniu poziomu tkanki tłuszczowej – można śmiało dołożyć wpływ inhibicyjny względem aromatazy. Być może to właśnie stąd bierze się moc ekstraktów herbacianych podczas redukcji tkanki tłuszczowej. Jakie jeszcze związki mogą nam pomóc? Swoją uwagę warto zwrócić także na resweratrol, którego stosowanie nie tylko wpływa na inhibicję aromatazy, ale tez sprzyja podniesieniu poziomu testosteronu. Wiele doniesień sugeruje też, że regularne przyjmowanie optymalnie dobranych dawek resweratrolu może działać nie tylko na zwiększenie testosteronu, ale tez obniżenie produkcji kortyzolu będącego hormonem katabolicznym. Można zatem rzec, iż związek ten wykazuje silne anaboliczno – antykataboliczne działanie na drodze wpływu na pracę hormonalną organizmu. Natomiast jego funkcje inhibicyjną aromatazy potwierdzono już w roku 2006 – z tym składnikiem, w tym zakresie wiązano spore nadzieje.

Ostatnimi czasy dosyć sporo mówi się o ekstraktach z granatu czy składnikach mangostanu. Oba owoce zalicza się do „męskich”, sprzyjających poprawnemu działaniu mechanizmów hormonalnych, powiązanych z funkcjami płciowymi. Ekstrakty i soki z granatów już dawno były poddawane badaniom, aczkolwiek z reguły sprawdzano możliwości ograniczania zmian nowotworowych. W 2010 roku Adams za pośrednictwem swoich badań jasno zasugerował, że polifenole znajdujące się w granacie są w stanie znacznie obniżać aktywność aromatazy, jednocześnie sprzyjając uzyskaniu homeostazy hormonalnej. Związki te blokowały owa aktywność nawet o 60-70%! Rzecz jasna odbywało się to w sposób bezpieczniejszy niż w przypadku typowych leków blokujących działanie enzymu. Ponadto związki w nim zawarte podnosiły również wartość testosteronu. Niemniej jednak, warto poświęcić jeszcze trochę czasu na analizę oraz badania w tym zakresie.

Czy to wszystko?

Cóż… Jak się okazuje, naturalne związki wcale nie muszą być gorsze od syntetycznych. Tym bardziej, jeżeli zależy nam na zdrowiu i samopoczuciu. Nie działają tak silnie, aczkolwiek więcej z nich pożytku i korzyści niż miało się to w sytuacji stosowania klasycznych preparatów z grupy IA. Tym samym warto jeszcze trochę czasu poświęcić różnorodnym polifenolom w zakresie ich oddziaływania na gospodarkę hormonalną. Wyczekujcie za jakiś czas!